środa, 16 maja 2012
Daj się zgubić!
Jak najlepiej poznawać obcą kulturę, ludzi, miejsca? Jaki jest idealny przepis na podróżowanie, żeby nastrój się nie zwarzył, a zapał nie zwietrzał? Według mojej znajomej, kluczową warstwę stanowi lokalna kuchnia. Podczas posiłków w restauracjach, można zgłębić bogactwo historycznego dziedzictwa, przyjrzeć się z bliska stołowemu savoir-vivrovi, wziąć na widelce biesiadników. Dla mnie jednak jest to przepis zdecydowanie za drogi! Przynajmniej dopóki nie zaczniemy zarabiać w Euro. Nie sądzę również, że znajomość faktów historycznych czy ukształtowania terenu, są najważniejsze w procesie kształtowania się emocjonalnego odbioru miejsca X. Dlatego ja preferuję inny przepis, z kuchni fusion! Brzmi on następująco: Przygotuj mapę, przewodniki, GPS i co tylko możesz, po czym wyrzuć to do kosza i daj się zgubić! Tak, dokładnie, gub się i odnajduj, ile razy chcesz. Chodź bez mapy, bacznie obserwuj otaczającą Cię rzeczywistość, zaglądaj przez otwarte okiennice do sypialni lokalsów. Tak właśnie lubię robić ja.
Dane mi było ponownie umówić się z Barceloną na randkę. Odwiedzając miejsce kolejny raz, ma się ten komfort, że nie trzeba już zaliczać kolejek do wszystkich kluczowych punktów turystycznej mapy el extranjero! Można się włóczyć, oddychać lokalnym powietrzem, patrzeć w niebo. Tak też robiłam, w przerwach na zakupy, wiadomo. Co zaobserwowałam? Trochę „dziwactw”. Oto fajniejsze z hiszpańskich smaczków:
1. Wszyscy Hiszpanie są brodaci. Wszyscy!
2. Klatki schodowe kamienic są okrutnie wąskie! Mówię okrutnie, ponieważ nie ma szans, żeby dwie, grubsze osoby mogły się na schodach wyminąć. Nie wspomnę już o wnoszeniu mebli po krętych schodach. Chciałabym to kiedyś zobaczyć!
3. Afrykańscy imigranci preferują handel obnośny, a dokładniej, na głowach lub plecach, taszczą olbrzymie toboły. Jest to nic innego jak stosy „markowych” torebek, zawiniętych w prześcieradła. Za pierwszym razem myślałam, że wszyscy idą do pralni…
4. 25 stopni to zimnica. Kobiety noszą wtedy kozaki, rajstopy i ocieplane trencze.
5. Faktory do opalania do fanaberia – najlepsza jest spalenizna na oliwkę Nivea!
6. Rak piersi? Gdzie tam! Opalanie tylko toples!
7. W bramce metra wchodzi się od prawej strony. Naród leworęcznych?
8. Moda uliczna nie istnieje! Hiszpanie ubierają się bardzo marnie. Noszą przypadkowe szmaty z 3 świata, ani modne, ani wystylizowane, ani dobrane. Dobrze, że Gaudi ubarwił ulice, bo inaczej byłoby słabo.
9. Hiszpanie są wysocy i bardzo szczupli, podczas gdy kobiety są raczej niskie, często nieurodziwe i przygrube, zwykle. Szkoda.
10. Repertuar kin jest bardziej zacofany niż Polski! Zwycięstwo!
11. Po co Amerykańskiemu turyście mapa? Żeby mógł wprowadzić poprawne dane do iPhone’a ;]
12. Amerykański turysta przemieszczający się po dzikim, europejskim lądzie, zawsze ma na głowie baseballówkę, a na plecach plecak. Zawsze!
13. W spożywczaku nie ma twarożku, ani białych serów.
14. Praktycznie nie ma bezdomnych zwierząt, a i tych z domami jest jak na lekarstwo.
15. W restauracji, za siedzenie w ogródku, należy dopłacić do rachunku.
16. Przepis na plażowe Mojito, przygotowywane przez tureckiego imigranta: Zakop lód w piasku, umyj w morzu metalowe wiaderko, a drewniany moździerz wytrzyj o koszulę. Następnie krusz lód, dosypuj listków mięty, a drugą dłonią wyjmuj cytrynę. Dłoń wytrzyj w spodnie. Dosyp białego cukru i wszystko ponownie wymieszaj. Rozlej do plastikowych kubków i ustaw je na tacy. Chodź po plaży, w jednej dłoni dzierżąc tace, a w drugiej butelkę z rumem(?). Marketing bezpośredni jak malowany!
A może Wy również macie ciekawe obserwacje?
niedziela, 11 marca 2012
Przepięknie jest i tylko tlenu brak...

„Nie żyje”. Bardziej absurdalnego zlepku dwóch słów, chyba próżno szukać. Szczególnie, gdy dotyczą one kogoś, czyjej śmierci nie można było się spodziewać. Wtedy, te dwa słowa, brzmią jak żart, jak zwrot w obcym języku. Gdy je słyszysz, z początku nic nie rozumiesz! Nie wiesz czy się śmiać, czy nie wierzyć, czy zacząć przeklinać. Zamierasz. A potem zalewa Cię gorąca, szokująca fala, na której dryfujesz przez następne, długie godziny, dni.
Człowiek, szczególnie w obecnych czasach, ma silną potrzebę racjonalizacji wszystkiego. A jak tu pojąć śmierć młodego człowieka, który tak mocno kochał życie? Który nie marnował ani jednej jego minuty, który w ciągu dwudziestu paru lat zrobił, osiągnął, przeżył więcej niż tuzin starców? Który był dobry, skromny, życzliwy, nie tylko dla przyjaciół, ale dla każdego. Który nie budował murów, nie unosił się pychą, nie wywyższał, mimo, że mógł, bo życiorys miał imponujący…
Nie znaliśmy się z Fredem za dobrze, ale wystarczająco, żebym miała okazję go polubić i obdarzyć szczerym szacunkiem, podziwem i zwykłą sympatią. Imponował mi, być może najbardziej, z osób, które znam osobiście. Zazdrościłam mu odwagi i optymizmu. Nietuzinkowości i wielkiej, wielkiej pasji! W moich oczach był niezłomny marzycielem, któremu nic nie mogłoby przeszkodzić w realizacji celów. Był dla mnie przykładem postawy „chcieć to móc”. Ciarki miałam za każdym razem, gdy czytałam kolejny wpis na jego autorskim blogu: http://mygrandtour.pl/, na którym wspaniale opisywał podróż po Ameryce Południowej i nie tylko. Jego dokonania i przygody zapierały mi dech w piersiach i to się nigdy nie zmieni.
Dziś jego bliska koleżanka napisała mi zdanie: „On myślał, że ludzie go nie lubią, a ludzie go uwielbiali”. Takie osoby to inspiracja dla pokoleń. Niektórzy nigdy nie mają szczęścia poznać choć jednego, tak charyzmatycznego człowieka. Ja miałam i jestem za to niezwykle wdzięczna. Fred bowiem otwierał innym oczy. Mnie otworzył wielokrotnie.
czwartek, 2 lutego 2012
Zawsze nigdy

Nie wiem i to zawsze będzie nie wiem.
Nigdy tak, nigdy żegnaj,
zawsze bądź, zawsze wróć,
zawsze nie chcę Cię znać.
Poznałam Cię niezamierzenie i tak samo Cię puściłam,
nigdy nie będąc pewna czego chcę,
zawsze z Twoim strachem w tle.
Nie nam pisane wspólne życie i tęsknoty,
wspólne troski i wzajemne wzloty.
Odejdź,
daj spokój,
nic z tego nie będzie,
zapomnij mnie.
Wspomnij czasem tak jak ja Ciebie wspominam,
jako najważniejszą osobę dotychczasowego życia.
Stonka wkoło, a my samotni osobno, nawet jeśli czasem razem.
Sing IMANY...
poniedziałek, 30 stycznia 2012
Wariaci

Nic już nie rozumiem. Nic zrozumieć się już nie da. Jedynie małe dzieci wszystko rozumieją i wiedzą. One wiedzą, znają prawdę. O sensie, o istocie rzeczy. Potem jest tylko gorzej. Jeśli wcześniej coś było niejasne, to później jest niejasne po stokroć. W dodatku obarczone doświadczeniami, nierzadko normalnymi. Zwykle nie. Zwykle są to doświadczenia z pogranicza groteski wręcz. I horroru. Dużo horroru. A potem z takich doświadczeń powstaje dorosły człowiek z umysłem dziecka. Który pije wódkę, jakby pił mleko z butelki, trzymanej przez matkę. Bądź nianię. Który jara jointy, jakby wciągał w płuca powietrze, w pierwszym oddechu życia. I nic on nie rozumie, ale wszystko czuje. Jak kora drzewa. Tylko głośna, awanturująca się kora. Wielkie, gadające drzewo! Porost, huba, pasożyt. Pasożyt, wampir, który żyć sam nie umie i z kimś też nie umie. Bo nauczono go tylko brania. I wchodzi bez ostrzeżenia, bez szkarłatnej litery na piersi. Wchodzi w społeczeństwo, niczym równy, ba, niczym lepszy od pozostałych i roztacza urok. Zniewala, czaruje, niszczy. Niszczy choć nie chce. Chyba nie chce, tak nam się zdaje i jemu się tak zdaje, bo kto chciałby tylko niszczyć, ale tak naprawdę nikt tego nie wie. On sam wie najmniej. Wie tylko tyle, że chciałby, ale nie umie, nie potrafi, nie nauczono go. I musi żyć przez wieki w tym dysfunkcyjnym umyśle, uwięziony. Bo kilkadziesiąt lat to niczym wieki, jeśli się czuje za dużo, nie rozumiejąc nic. Wariactwo ogarnęło planetę, znikąd widać ratunku.
piątek, 16 grudnia 2011
OPEN

Uwielbiam symetrię i portrety en face. W takim sposobie przedstawiania rzeczywistości odnajduję swoiste uporządkowanie, elegancję i prostotę, która do mnie przemawia, która zaspokaja moje estetyczne rządze. Dalej, jedno z najśmieszniejszych dla mnie przysłów, a mianowicie „Nie ocenia się książki po okładce” tak bardzo kłóci się z moim spojrzeniem na świat, że ilekroć je słyszę, to nie mogę uwierzyć w naiwność twórcy tych słów. Bardzo mierzi mnie pseudointelektualizm i zaprzeczanie pierwotnym instynktom, czystej biologii. Oczywiście, że oceniamy książkę po okładce, tak jak i ludzi po wyglądzie. Jest to pierwsza rzecz, która przykuwa naszą uwagę i powoduje komunikat zwrotny. Jasne, że w dalszym rozrachunku okładka/wygląd zewnętrzny, tracą na znaczeniu na rzecz treści/osobowości, jednak gdyby pierwsze wrażenie było fatalne, to być może wnętrze nigdy by nikogo nie miało szansy zainteresować.
Okładka autobiografii Andre Agassiego to według mnie prawdziwe cudo. Na twarzy tenisisty maluje się tak wiele emocji i uczuć, że są one niemalże przytłaczające. Już choćby zbyt długie wpatrywanie się w fotografię, powoduje u mnie smutek i melancholię. Co więcej, ekspresja Agassiego jest idealnie spójna z treścią życia, które starannie opisał, wiernie wymalowanego w jego oczach, zmarszczkach i grymasie twarzy. Patrząc mu w oczy czuje się ten ból, który zamęczał go od 4 roku życia, od pierwszego dnia spędzonego na korcie. Widać porażki, upadki, rozczarowania, pogubienie. Widać wszystko. A jakby ktoś miał wątpliwości to po pierwszym akapicie autobiografii szybko się rozwieją: „Otwieram oczy i nie wiem, gdzie ani kim jestem. Nie jest to znów tak bardzo niezwykłe uczucie – połowę życia spędziłem, nie wiedząc. Mimo to jest jakoś inaczej. Ta dezorientacja jest bardziej przerażająca. Bardziej krańcowa.”
Open jest najlepszą biografią jaką dotychczas miałam okazję przeczytać. Jeśli pewnego dnia zdecydowałabym się napisać książkę o sobie, to jestem pewna, że uczyniłabym to w dokładnie taki sposób co Agassi, a raczej J.R. Moehringer. Przemawia do mnie przede wszystkim dlatego, że jest szczera i ujmująca prostotą, przez co inspirująca i skłaniająca do refleksji. Oglądając Agassiego na korcie nie miałam pojęcia jakim jest człowiekiem i z czym się borykał. Miałam również inne wyobrażenie o życiu zawodowych tenisistów, o życiu jego rywali. Jest to jedna z tych pozycji, która otwiera oczy i przywiązuje do siebie. Uzależniłam się od historii Andre do tego stopnia, że zaczęłam dozować sobie ilość dziennie przeczytanych stron. Tak bardzo nie chciałam skończyć czytać. Wspaniała książka i wspaniały człowiek. Nie może być inaczej.
poniedziałek, 24 października 2011
Wspomnienie idealne

Nigdy nie wiadomo, która chwila naszego życia stanie się w przyszłości wspomnieniem idealnym, a która zostanie zapomniana, uznana przez mózg za mało istotną. Wydawałoby się, że jako pokolenie wychowane na popkulturowej papce będziemy chcieli być bogaci w same momenty upamiętniające pocałunki w deszczu, spacery po nadmorskich promenadach śródziemnomorskich kurortów, przejażdżki gondolą po weneckich kanałach czy sex na skórze niedźwiedzia tudzież tygrysa przy kominku górskiej chatki odciętej od świata zaspami białego śniegu. Tymczasem rzeczywistość totalnie weryfikuje nasze wyobrażenia i odczucia, nadając wielkie znaczenie małym momentom lub brutalnie umniejszając te z pozoru idealne.
Dla mnie piękne chwile zwykle łączą się z konkretną piosenką, zapachem, czasem smakiem. Wystarczy, że później pojawi się jeden z tych elementów i cudowne odczucia natychmiast wracają. I co ciekawe, przeważnie dotyczą bardzo prozaicznych chwil. Żadne obściskiwania na złotym piasku Barcelony czy otrzymanie torebki Louis Vuitton. To co porusza mnie najbardziej to myśl o spacerze z babcią uświetnionym lodami Hortexu za złotówkę lub coroczne targowanie się z tatą o najładniejszą choinkę u handlarza. I jest jeszcze jedno takie wspomnienie, które wraca, choć niechciane…
Leżałam wtedy na ikeowskiej sofie, brązowej, z wygniecionymi poduszkami, w żadnym wypadku nie designerskiej. Każdy z nas zna taką sofę – nieprzyzwoicie wygodną i koszmarnie brzydką, której zadaniem nie jest ozdobienie pomieszczania, ale nadanie mu ciepła, przytulności. Oparłam stopy o drewnianą skrzynię służącą za stolik do kawy, przyjęłam wygodną pozycję. Z laptopa stojącego na skrzyni dobiegały dźwięki dwóch na przemian lecących piosenek. Czytałam książkę, moją ukochaną książkę jak się później okazało, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Czytałam ją zawzięcie, łapczywie pochłaniając stronę za stroną. Obok mnie leżał mój chłopak, z głową opartą na moich kolanach. Jego blond włosy opadały na moją skórę, łaskotały. Myślałam, że to najpiękniejsze włosy jakie kiedykolwiek widziałam. Przez chwilę starał się ze mną rozmawiać, ale widząc brak mojej reakcji, tracił zapał. Uparcie go ignorowałam, bo książka dostarczała mi wszystkich bodźców jakich w tamtej chwili potrzebowałam. Trochę pomarudził sam do siebie, aż w końcu zasnął. Bezgłośnie, delikatnie, spokojnie. Uwielbiałam patrzeć na niego gdy spał, wydawał się wtedy pozbawiony wszystkich wad, ciepły, oddany, kochany. W pokoju panował półmrok, mimo wczesnej godziny. Okna zasłonięte były pomarańczowymi zasłonami i promienie słońca, starające się przez nie przebić, tworzyły ciepłą poświatę. Był środek lata, leżąc w samej bieliźnie nie czułam zimna. Po blisko godzinie, gdy miałam już dość dwóch lecących w kółko piosenek, podniosłam się, aby zmienić płytę. Mój chłopak, którego nigdy później już tak nie nazwałam, obudził się. Podniósł na mnie swoje zaspane, przepiękne, niebieskie oczy, uśmiechnął się i widząc jak na niego patrzę, siarczyście zaklął w charakterystyczny dla siebie, komiczny sposób. Wybuchnęliśmy śmiechem, a idealny moment zniknął, prysł, aby już nigdy nie powrócić.
Dziś, ilekroć słyszę jedną z tamtych dwóch piosenek, cała gama żarliwych uczuć, które wtedy czułam, powraca. Marząc o idealnej przyszłości raczej nie pomyślałabym, że popołudnie spędzone w majtkach na obskurnej sofie, wryje mi się w pamięć jako jedno ze szczęśliwych wspomnień. A jednak, kolejny raz przekonałam się, że nic nie można zaplanować, a wszystko jest przede wszystkim dziełem przypadku. Nawet szczęście, które przeżywamy.
wtorek, 4 października 2011
„Życie to połączenie magii i makaronu”

Monotonia zabija wszystko. Jest niczym masowa broń zagłady. Jedyną alternatywą jest zmiana. Kierując się taką filozofią oraz faktem, że przez dwa tygodnie gotowaniem zajmować mieli się rodowici Włosi, postanowiłam podczas mojej włoskiej wyprawy, prawdziwie ucztować. Wiedziałam, że oprócz pięknych wspomnień wrócę również z dodatkowymi kilogramami, ale nie można się całe życie kontrolować, prawda? Szczególnie będąc na włoskim lądzie, ziemi obiecanej dla smakoszy!
Jedzenie jest jedną z tych przyjemności, do których mam ambiwalentny stosunek - uwielbiam je i zarazem mam serdecznie dość. To czego znieść w najwyższej mierze nie mogę, czego z czystym sumieniem nienawidzę, to zmuszanie mnie do czegokolwiek. Akty nacisku wywierane na moją osobę zawsze źle się kończą. A organizm właśnie zmusza mnie do jedzenia. Średnio co trzy godziny. Ja się buntuję, lecz każdą walkę przegrywam z kretesem i ląduję z głową w lodówce. Na szczęście istnieje także druga strona medalu. Ta, którą kocham. Ta kreatywna. Tworzenie każdej potrawy to miniaturowe dzieło sztuki. Mieszanie, łączenie, dopasowywanie smaków, konsystencji, kolorów. A później nagroda, rozkosz dla kubków smakowych, moich lub pozostałych ucztujących. Poezja smaku!
Zanim przejdę do prezentacji dań, kilka słów o włoskich zwyczajach żywieniowych, bo są ona równie ważne, a czasem wręcz istotniejsze niż rzeczywista zawartość talerza.
Po pierwsze, Włosi nie jedzą śniadań! Espresso lub napój herbaciany (słodka herbata z cytryną) oraz ciastko (brioche lub cornetto) na miano śniadania z pewnością nie zasługuje. Nie jedzą również drugich śniadań/brunchy! Pierwszym sytym, i to prawdziwie sytym, posiłkiem jest lunch, spożywany około godziny 13stej. Zwykle jest to pasta w przeróżnej formie, zwieńczona filiżanką espresso. Następnie możemy zapomnieć o podwieczorku, ponieważ trzecim i ostatnim daniem dnia, jest bardzo pożywna kolacja, około godziny 20stej. Przeważnie składa się ona z dwóch dań, nie rzadko obydwa mają w swoim składzie makaron. Często kolację rozpoczynają antipasti, czyli przystawki. Na stole ZAWSZE obecna jest ciabata, oliwa, aceto balsamico di modena, wino i woda (z kranu). Często również przedziwne w smaku Sanpellegrino, słodkie z początku, a na koniec gorzkie, musujące, cytrusowe, lukrecjowe, po prostu dziwne coś.
Pierwszym daniem, w odróżnieniu od kuchni polskiej, wcale nie jest zupa. Włosi bowiem twierdzą, że zupa jest daniem przeznaczonym dla dzieci, które nie mogą jeszcze gryźć prawdziwego jedzenia. Po drugiej potrawie przychodzi kolej na deser, często wspomagany odpowiednio dobranym winem deserowym, którego, w odróżnieniu od wina stołowego, pod żadnym pozorem nie można rozcieńczać wodą.
Deserem może być kawałek niewyobrażalnie słodkiego, włoskiego ciasta, bądź lody, albo owoce – arbuzy, brzoskwinie, melony, gruszki.
Jednak to co we włoskich posiłkach urzekło mnie najbardziej, to ich celebracja. Włosi nie jedzą, oni ucztują. Przygotowanie posiłków, stołu, zastawy, jest niemal tak samo ważne jak konsumpcja. Je się wspólnie, rodzinnie, przy wielkim stole. Nie ma mowy o uciekaniu z talerzem przed ekran telewizora czy komputera, można zapomnieć o jedzeniu na kolanach, albo nie daj boże, po europejsku - nad zlewem. Włoskie posiłki to kult, religia, której oddaje się należytą cześć.
Przejdźmy zatem do szczegółów:
Antipasti:
- w tej roli głównie grissini, my wybierałyśmy wersję z rozmarynem
- niezastąpiona i wiecznie panująca ciabata maczana w oliwie lub w cudownej salsie w skład której wchodziła natka pietruszki, kapary, cebula, pomidorki koktajlowe i oliwa. Wszystko starannie poszatkowane na jednolitą masę.
- deska wędlin, przeważnie mortadela, salame i szynka parmeńska
Lunch/Kolacja:
- Pizza – pierwsze skojarzenie z Italią każdego turysty. Koniecznie na ultra cienkich cieśnie, które uwielbiam. Składniki to mazarella, szynka parmeńska, kapary, karczochy, cebula, pomidory, bazylia, rozmaryn. W żadnym wypadku nie konsumowana z ketchupem czy z sosami, ale polewana oliwą!
- Sałatki – połączenia warzyw w którymi nigdy wcześniej się nie spotkałam, np. ogórki zielone pokrojone w plasterki z selerem naciowym, polane oliwą, albo czerwona papryka pokrojona w kostkę i pomidorki naciowa. Dużą popularnością cieszy się również gorzka sałata, poszatkowana w cienkie paski. Włosi mówili, że to radiccio tagliato, jednak po wpisaniu tej nazwy w google wyskakuje czerwona cykoria sałatowa, a nie to co my jedliśmy.
- Tortellini – malutkie pierożki, wielkością podobne do polskich „uszek”, ale ciasto jest grubsze, a mięsny farsz dość słony. Jadłam je ze świeżym, blanszowanym szpinakiem z pulpą pomidorową i melonem pokrojonym w kostkę. Pyszne i orzeźwiające, mimo sporej dawki węglowodanów, po których chce się zwykle sjestować.
- Carne salada, czyli cienkie plastry mięsa wołowego, marynowane w soli i delikatnie przysmażone na patelni, podawane z czerwoną fasolą barlotti, w gęstym sosie, doprawionym rozmarynem, czosnkiem, cebulą i oliwą. Wyborne i wytrawne danie.
- Czerwony pstrąg – w Polsce można kupić praktycznie tylko białego pstrąga. We Włoszech czerwony jest łatwo dostępny, a w smaku przypomina połączenie łososia i pstrąga białego. Tusza nafaszerowana gałązkami rozmarynu, cytryną, cebulą i pieprzem, pieczona w piekarniku, podawana ze zgrillowanymi plastrami bakłażanu, wcześniej marynowanego w aceto balsamico di modena, oliwie i rozmarynie.
- Penne lub spaghetti, oczywiście al dente, podawane con polpa, czyli z gęstym sosem pomidorowym, przyprawionym czosnkiem, rozmarynem i pieprzem. To co charakteryzuje włoski sos to olbrzymia ilość oliwy do niego dolanej. Oliwę wlewa się również do makaronu, tuż po ugotowaniu. Co odróżnia Włochów od Europejczyków to fakt, że mieszają oni makaron z sosem już w garnku i tego drugiego, jest bardzo mało. W Polsce przywykłam do olbrzymiej ilości sosu, we Włoszech jej jest jak na lekarstwo.
- Żeberka wołowe z grilla – i nie mówię tutaj o małych kosteczkach, ale o olbrzymich taśmach żeber, serwowanych o 13stej po południu przy 35 stopniowym upale. Powiem, że ów lunch stanowił dla mnie nie lada wyzwanie.
- Grillowany formaggio, czyli po prostu żółty ser. Jest to specjalna odmiana do grillowania, ponieważ na surowo nie nadaje się za bardzo do zjedzenia - jest bardzo twardy i woskowaty. Na grillu cudownie się roztapia i trzeba go bardzo szybko pałaszować, ponieważ twardnieje w zastraszająco szybkim tempie. Gorgonzolla stanowi godny zamiennik.
- Bacalhau, czyli niemożliwy do opisania smród solonego dorsza! Bacalhau to typowo portugalska potrawa, jednak ja miałam „przyjemność” jeść ją spod ręki włoskiego kucharza, pochodzącego z południa Włoch, z wioski rybackiej. On twierdził, że jest to potrawa należąca również do kuchni włoskiej. Składa się ze stockfisha, selera naciowego, marchwii, pomidorków koktajlowych, galonów oleju i ziemniaków. Wszystko dusi się w wielkim garze, aż do miękkości. Ziemniaki można zastąpić makaronem paccheri. Potrawa ma bardzo charakterystyczny smak, jest zupełnie inna niż typowo włoskie lub polskie dania. I co gorsza, jej przygotowanie zabija węch. Ja musiałam spać na tarasie, bo do salonu nie dało się wejść bez odruchu wymiotnego…
- Kwiaty dyni nadziewane mięsem mielonym, obtaczane w bułce tartej i smażone na złoty kolor w głębokiej oliwie. Jak można się domyślić – pyszne!
- Polenta, czyli włoska mamałyga z mąki kukurydzianej. Dla mnie w zasadzie jest bez smaku, ale ma bardzo fajną konsystencję. Po ostygnięciu można ją kroić w plastry. Idealna pod sosy, świetnie komponuje się z mięsem.
Desery:
- espresso z łyżeczką cukru
- owoce – arbuzy!! Stanowiły dla mnie raj. W lodowce czekały nawet 15 kilowe. Oprócz tego pomarańczowe melony, gruszki, nektarynki
- lody
- włoskie wafelki i ciastka maślane
- włoskie ciasta, niebywale słodkie, przypominające w smaku nieco wielkanocny mazurek
- likier z lukrecji lub wino – tutaj pełna dowolność. Można było oczywiście pić w dalszym ciągu to spożywane do posiłku lub zmienić na deserowe, np. Grecale Moscato
- grappa, czyli włoska wódka z winogron, dla mnie wstrętna w smaku
- limoncello, czyli orzeźwiający likier cytrynowy. Powiem tak - polska Cytrynówka o niebo lepsza i lepiej kopie ;-)
- panna cotta, czyli gotowana śmietana z żelatyną, następnie wlewana do foremek i schładzana. Podawana z sosem malinowym, czekoladowym lub waniliowym. Nie za słodka, lekka, pyszna!
Od tego pisania aż zgłodniałam! Idę wygrzebać resztkę włoskich specjałów, które udało mi się przemycić do Polski. Buon appetito!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
